Nazywam się Michał Ratajczyk. Na co dzień jestem adwokatem i zajmuję się pomocą osobom, które czują, że w relacji z bankiem zostały potraktowane nieuczciwie. Znam ten problem nie tylko z dokumentów i spraw klientów, ale również z własnego doświadczenia.
Chcę podzielić się swoją historią, bo wiem, że wiele osób wciąż waha się, czy warto walczyć z bankiem. Wiele osób odkłada decyzję, bo obawia się sądu, nie rozumie skomplikowanych zapisów umowy albo zakłada, że skoro podpisało dokument, to nic już nie da się zrobić. To nieprawda.
Moja historia pokazuje, że nawet w sporze z dużą instytucją finansową warto dochodzić swoich praw.
Jak to się zaczęło
W 2023 roku moja sytuacja życiowa zmusiła mnie do zaciągnięcia kredytu w Santander Banku S.A. na kwotę 131 086,06 zł, na okres 10 lat. Po zawarciu umowy i uruchomieniu kredytu wiedziałem już, że do mojej dyspozycji nie została oddana cała kwota wskazana w umowie.
Faktycznie otrzymałem 119 859,39 zł. Pozostała część została przeznaczona przez bank na prowizję oraz koszty ubezpieczenia. To jednak nie wszystko. Bank nie tylko pobrał te kwoty, ale również je oprocentował — mimo że nigdy realnie nie trafiły one do mojego posiadania i nie dawał mi możliwości opłacenia prowizji samodzielnie. Dodatkowo za odstąpienie od umowy ubezpieczenia pobrał ode mnie dodatkową prowizję i wadliwie wykazał koszty kredytu.
Właśnie wtedy uznałem, że taka umowa nie jest uczciwa i wymaga zdecydowanej reakcji.
Zrozumiałem, że nie można tego zostawić bez działania
Nie zgodziłem się na sytuację, w której mam ponosić koszty od środków, których nigdy nie otrzymałem i płacić dodatkowe prowizje. Złożyłem oświadczenie o skorzystaniu z sankcji kredytu darmowego. Bank oczywiście nie uwzględnił mojego stanowiska.
To częsty mechanizm. Instytucje finansowe bardzo rzadko przyznają rację klientowi już na początku sporu. Liczą na to, że konsument zrezygnuje, przestraszy się procedury albo uzna, że walka z bankiem nie ma sensu.
Ja postanowiłem pójść dalej i skierowałem sprawę do sądu.
Na czym polega mój spór z bankiem
W swojej sprawie zakwestionowałem postanowienia umowy, które zobowiązywały mnie do ponoszenia kosztów, jakie w mojej ocenie nie powinny mnie obciążać. W szczególności chodzi o:
- błędne oprocentowanie kredytu od kwoty „udzielonego kredytu” a nie od kwoty faktycznie mi wypłaconej,
- błędne wyliczenie kosztów kredytu,
- błędne wyliczenie RRSO
- postanowienia przewidujące podwyższenie prowizji.
W sądzie podniosłem między innymi, że niektóre postanowienia umowy nie były ze mną indywidualnie uzgadniane, a jednocześnie rażąco naruszały moje interesy jako konsumenta. Wskazałem również, że mój obowiązek spłaty powinien zostać ograniczony do zwrotu samego kapitału, bez odsetek i innych kosztów, na podstawie przepisów o kredycie konsumenckim.
Dochodzę także zwrotu kwot pobranych przez bank tytułem odsetek, prowizji oraz podwyższonej prowizji — łącznie w wysokości przekraczającej 10 000 zł wraz z należnymi odsetkami ustawowymi za opóźnienie.
Co więcej, skorzystanie z sankcji kredytu darmowego może w mojej sprawie oznaczać także oszczędność około 100 000 zł kosztów kredytu, których nie będę musiał ponosić w przyszłości. Łączna wartość mojego roszczenia wobec banku jest więc bardzo istotna.
Dlaczego o tym mówię otwarcie
Piszę o tym, bo wiem, jak wiele osób jest dziś w podobnej sytuacji. Podpisują umowy, których treść jest skomplikowana, nieczytelna i pełna mechanizmów trudnych do wychwycenia bez dokładnej analizy.
Bank nie zawsze ma rację tylko dlatego, że przygotował umowę. Podpis klienta nie oznacza, że każda klauzula jest zgodna z prawem i wiążąca. Właśnie dlatego warto weryfikować dokumenty i sprawdzać, czy kredytodawca rzeczywiście działał zgodnie z przepisami.
Nie bój się procesu
Wiem, że dla wielu osób samo słowo „sąd” brzmi odstraszająco. To naturalne. Jednak proces nie jest niczym nadzwyczajnym — to po prostu legalna droga dochodzenia swoich praw.
Nie trzeba znać wszystkich przepisów ani samodzielnie prowadzić sporu z bankiem. Od tego jest profesjonalny pełnomocnik, który przygotowuje strategię, sporządza pisma, reprezentuje klienta i prowadzi sprawę na każdym etapie postępowania.
Największym błędem jest bezczynność. To właśnie na nią najczęściej liczą banki.
Zacznij od darmowej analizy umowy
Nie każdy przypadek wygląda tak samo. Dlatego pierwszy krok powinien być prosty: analiza umowy kredytowej.
To właśnie ona pozwala ustalić, czy w Twojej sprawie występują nieprawidłowości, czy bank mógł naruszyć przepisy i czy istnieją podstawy do dochodzenia roszczeń. Nie musisz sam interpretować skomplikowanych zapisów ani zastanawiać się, od czego zacząć.
Jeżeli masz wątpliwości co do swojej umowy, warto przekazać ją do darmowej analizy. To bezpieczny i rozsądny sposób, aby sprawdzić swoją sytuację i podjąć świadomą decyzję o dalszych krokach.
Dlaczego warto działać
W sporze z bankiem stawką często są nie tylko już zapłacone pieniądze, ale również koszty, których można uniknąć w przyszłości. Dla wielu kredytobiorców oznacza to realną szansę na odzyskanie kontroli nad własnymi finansami, ograniczenie wysokości zobowiązania i dochodzenie tego, co zostało pobrane nienależnie.
Nie warto zakładać, że „tak musi być”. Nie warto godzić się na każdą praktykę tylko dlatego, że stosuje ją duży bank. Jeżeli umowa zawiera błędy, trzeba to sprawdzić i odpowiednio zareagować.
Twoja umowa też może wymagać analizy
Moja sprawa to tylko jeden z przykładów. Pokazuje jednak bardzo wyraźnie, że warto przyjrzeć się swojej umowie i nie rezygnować z ochrony swoich praw.
Jeżeli podejrzewasz, że bank naliczył zawyżone koszty, oprocentował kwoty, których faktycznie nie otrzymałeś, ukrył część opłat albo zastosował nieuczciwe postanowienia, nie odkładaj tego na później.
Prześlij umowę do darmowej analizy i sprawdź, czy możesz podjąć działania. Być może masz więcej praw, niż dziś Ci się wydaje.


